normy iso

Codzienność to standardy. W większości przypadków pewnie nawet nie zdajemy sobie sprawy z usystematyzowania naszego otoczenia. Jadąc do pracy jedziemy po znormalizowanej drodze, mijamy identyczne znaki, korzystamy z prawa jazdy uznawanego w wielu krajach. W wakacje podróżujemy pociągiem, któremu nie zmienia się szerokość torów wraz z „wirtualną” już granicą (pomijam blok wschodni). Tą samą kartą płatniczą możemy się rozliczać praktycznie w każdym cywilizowanym kraju. A na co dzień? Pracując w mniejszych lub większych firmach bluzgamy na normy i standardy – szczególnie te powszechnie spotykane, jak choćby ISO9001:2001 (system zarządzania jakością – wymagania). Bo to papierki, niepotrzebna, dodatkowa praca, brak wolnej ręki w podejmowaniu decyzji.

Tymczasem norma ISO w skrócie (przez wikipedię) określa swój charakter następująco:

Respektowanie norm ISO jest dobrowolne. Jako organizacja pozarządowa ISO nie może narzucać, wymuszać ich stosowania. Autorytet organizacji wynika z międzynarodowej reprezentacji, sposobu ustanawiania norm: na zasadzie konsensu, oraz ze zrozumienia wpływu normalizacji na ekonomikę.

Niby pięknie, ale podobno bez tych norm nie da się żyć. Podobno ktoś to wymyślił, żeby teraz kasę z tego doić. Podobno zmniejsza to produktywność i efektywność pracy zespołów ludzkich. Znam bardzo wiele firm, szczególnie tych wyżej rozwiniętych, które nie wyobrażają sobie funkcjonowania bez standaryzacji. Przy pewnej masie krytycznej objawiającej się poprzez duże zatrudnienie lub ilość obsługiwanych klientów, albo wolumen produkcji nie ma możliwości zapanowania nad powstającym chaosem bez normalizacji. Obojętnie czy będą to ustalenia wewnętrzne, czy też zaimplementowanie standardu zewnętrznego – takie działania są niezbędne. Wiele firm myśli przyszłościowo i od razu (w miarę możliwości) wdraża międzynarodowe normy. Po pomyślnym uschematyzowaniu działań stają się bardziej wiarygodnym partnerem w biznesie, mają mniejsze problemy związane z dynamicznym rozwojem, działają wg planu, który skutecznie wprowadzają w życie. Sporadycznie pojawiają się przypadki zmniejszenia produktywności poprzez wprowadzenie ISO. Zwykle dzieje się to dlatego, ponieważ ktoś popełnił błędy przy planowaniu wdrażania normy, a nie jej stosowaniu. Trzeba to robić z głową, zakładając realne możliwości organizacji, przyjmując rzeczywiste dane i czas wprowadzenia.

Na co dzień audytuję i jestem audytowany. Poznaję swoją korporację od podszewki, układam w całość wszystkie procesy, które – jeden bez drugiego – nie będą funkcjonować. Widzę w tym sens, mimo częstej krytyki – bo zabieram czas, bo generuję papierki. Ale mam poczucie usprawniania – jeśli coś nie działa w 100% prawidłowo, to słucham, notuję, mówię. Wnioskuję o skorygowanie działań, poprawienie wyników, zwiększenie wydajności – szukam rozwiązań. Czas jaki poświęcam na audyt jest niczym w porównaniu z oszczędnościami, jakie korporacja uzyskuje poprzez moją pracę. Nikogo nie namawiam do „zapałania miłością” do tych norm, ale więcej tolerancji i zrozumienia czasem się przydaje. No i oczywiście dystansu – każdy wykonuje swoją pracę przecież

podziel się ze znajomymi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *